To Carl Gustaw Jung powiedział, że jest taka wewnętrzna postać, która zawiera w sobie naszą kruchość, delikatność, wszystkie nasze przeszłe dziecięce doświadczenia, ale też kreatywność i emocjonalność. Że jest blisko tajemnic natury i duchowości rozumianej w najbardziej podstawowy sposób, jest otwarta, podatna na zachwyt połączony z grozą. To było ujęcie przełomowe, bo obrazowało rożne ludzkie stany i emocje w nowy sposób, pozwalało powiązać te wszystkie abstrakcyjne rzeczy i ulepić z niej jedną postać.
Prawdziwy kontakt z naszym wewnętrznym dzieckiem to nic innego jak kontakt z naszą podatnością na zranienia, kruchością, pragnieniem miłości, niezaspokojonymi potrzebami, bólem, niepewnością, zależnością. Jeśli umiemy się w adekwatny sposób zająć tą naszą częścią, stajemy się – w najlepszym tego słowa znaczeniu – niepokonani, a to nie to samo, co wszechmocni. To znaczy, że potrafimy sami siebie ukoić, dać sobie odzwierciedlenie, opiekę, wsparcie. Stajemy się swoim przyjacielem, a nasze wewnętrzne dziecko uczy się, że ma na kogo liczyć. Że nie dostanie ochrzanu za każdym razem jak zacznie płakać. A wtedy okaże się, że zmieni się nasza zależność emocjonalna od otoczenia. To nie znaczy, że nie będziemy już potrzebować miłości albo więzi, ale jeśli ktoś nam tego odmówi, to nie będziemy każdorazowo umierać. A gdy świat nas źle potraktuje, to pocierpimy, ale nas to nie rozwali.
Oprac. na podstawie rozmowy z Martą Niedźwiecką, psychologiem