Magdalena Jankowska rozmawia z Joanną Flis – psycholożką, psychoterapeutką
Magdalena Jankowska: Zajrzałam do statystyk i okazuje się, że zdrada jest coraz częstszym powodem rozwodów. Dlatego, że zdradzamy coraz częściej?
Joanna Flis: Nie, nie jestem przekonana, że zdradzamy częściej niż kiedyś. Chodzi raczej o to, że dziś więcej zdrad ujawniamy. Gdybyśmy cofnęły się w czasie o 60 lat, znalazłybyśmy się w epoce, w której niewierność bywała rodzinną tajemnicą i powodem do wstydu, szczególnie jeśli dopuściła się jej kobieta. Wtedy pary zamiatały zdradę pod dywan, bo mogła stać się przyczyną zerwania, a rozwód był źle widziany, często stygmatyzowany. Nie było takiego narzędzia jak terapia, nie myślano o zdradzie jako o informacji na temat relacji. (…) Dziś rozstanie jest dopuszczalne i przestało być czymś wstydliwym. Jest też więcej par, które z niewierności wychodzą obronną ręką nie dlatego, że ją ukryły, tylko potraktowały jako sygnał, że w ich związku czegoś brakowało.
M.J.: Często słyszy się dziś pytanie: „czy to już zdrada?”. Chyba nie mamy jasności, czym ona jest, gdzie są jej granice.
J.F.: Ponieważ nie mamy jednej definicji niewierności. Dla jednych może oznaczać zniszczenie zaufania, dla innych sygnał, że w związku coś szwankuje. (…) Każdy z nas, wchodząc w relację, wnosi w nią swój zbiór przekonań o tym, co jest właściwe, a co niedopuszczalne. Rozmawiamy ze sobą (…) Jeśli tak robimy, tworzymy zbiór norm partnerskich i wiemy, co dla nas zdradą jest, a co nie jest. Problem w tym, że wiele par tego nie robi – zostawiamy granice domyślne, nie negocjujemy ich. (…) Mamy dziś cały wachlarz związków od monogamicznych przez poliamoryczne po relacje otwarte, a każdy z nich ma własną hierarchię wartości i norm, tych, których nie wolno przekraczać i tych, które są negocjowalne.
M.J.: Czy to znaczy, że nie da się ustalić, gdzie leżą granice zdrady, co nią jest, a co nie jest?
J.F.: Kto miałby to zrobić? Wiele osób przychodzi do gabinetu, żeby terapeuta jak sędzia powiedział, czy on/ona ma prawo czuć się zdradzonym. Ale terapeuta nie odpowie. Jeśli ktoś czuje się zdradzony, to znaczy, że ma normy partnerskie w innym miejscu niż druga strona. Jeżeli nie były wcześniej uzgodnione, to może właśnie teraz jest moment, w którym należy to zrobić? (…)
Wydaje mi się, ze bez względu na charakter zdrady, jeśli jedna ze stron świadomie narusza partnerską umowę, to zawsze boli. Pracując z pacjentami, widzę, że nie rodzaj zdrady decyduje o przeżywaniu bólu, tylko indywidualne cechy psychologiczne.
M.J.: Jakie na przykład?
J.F.: Choćby styl przywiązania. Osoby o lękowym stylu przywiązania będą przeżywały zdradę jak katastrofę albo uderzenie w poczucie własnej wartości. Czują się tak zranione, że będzie im bardzo trudno wrócić do poprzedniego poziomu zaufania, niepokój będzie je skłaniał do nieustannego analizowania sytuacji z przeszłości. Z unikającym stylem przywiązania mamy tendencję, by wycofać się ze związku, odciąć od bólu. Natomiast ludzie z bezpiecznym stylem, nawet przeżywający szok i cierpiący, bardziej niż inni ufają w moc dobrej komunikacji i wspólnych decyzji, poszukują rozwiązań. (…)
Często tak właśnie jest, że nie sama zdrada jest końcem relacji, tylko postawy, które ludzie przyjmują po niej. To ma ogromne znaczenie, czy umiemy przyjąć żal partnera/partnerki, zobowiązać się do norm, przeprosić, zadośćuczynić.
M.J.: A jeśli partner(ka) tego nie potrafi?
J.F.: Wydaje mi się, że wtedy mamy jasną informację, że będzie robił(a) to nadal. Jeśli ktoś mówi: „to nie jest zdrada”, to znaczy, że nie uznaje tego za normę partnerską. Jeśli mówi: „przesadzasz”, to znaczy: „będę to robić dalej, bo nie uważam, że robię coś niewłaściwego”. Przychodzi czas na ważne pytanie do siebie: czy chcę mieć relację z kimś, kto ma tak odmienne normy i nie jest gotowy wziąć pod uwagę moich? (…) może warto się pożegnać, żeby nie robić sobie z życia piekła.